Artur Trojanowski - Malarstwo

01 lutego - 20 lutego 2014


Pejzaże

Artur Trojanowski podgląda świat z dystansem, choć nie bez czułości. Sam siebie określa mianem antyromantyka, choć w istocie jest utopijnym idealistą, bacznie obserwującym zarówno to, co oznacza jego najbliższą okolicę, jak i dane wirtualne określające ekstrema świata zewnętrznego, formowanego setki mil od jego bezpiecznego domostwa. Jest w tym bardzo czujny, dokładny, pamiętliwy. Posiadając świetny słuch przestrzenny, dźwiękowy i semantyczny, nie daje się nigdy zapędzić w tak zwany „kozi róg”. Wszystko co maluje, jednocześnie widzi i słyszy, i - co najgorsze dla niego - także czuje (na swój deklarowany antyromantyczny sposób). Cierpi. Nie pozostaje jednak długo w tym stanie, nie opuszcza rąk - działa. Nigdy nie rozczula się nad sobą, po prostu maluje. Od dawna nie spotkałam tak pracowitego a zarazem wszechstronnie myślącego malarza, jak on. Fenomen malarstwa Artura Trojanowskiego polega na tym, że sceny przez niego odwzorowywane mógłby dostrzec i sfotografować każdy, ale nikt poza nim nie wpadłby na to, by uczynić z nich równie przejmujące i sugestywne obrazy. Maluje je akrylami, na płótnie, desce lub płytach mdf. To właśnie wyłanianie kadrów z anonimowego zbiornika ikon charakteryzuje jego sposób znajdowania tematów kolejnych kompozycji. Trojanowski działa jak myśliwy - robi zdjęcia lub zanurza się po wielekroć w gąszcz obrazów znajdowanych w prasie, telewizji lub internecie, a następnie coś z tego przyswaja, anektuje jako własne spojrzenie i wówczas maluje obraz. Identyfikuje się zazwyczaj z osamotnionym podmiotem.
Status obiektywnego obserwatora scen, form, faktów historycznych podkreśla artysta przez czerpanie z własnych fotografii oraz medialnego języka fotografii dokumentalnej, przetworzonego na monochromatyczny język znaków, bazujących na szablonie. Mieszkając od dwudziestu lat daleko poza centrum miast, najpierw w lubelskim, a od kilkunastu lat w ekskluzywnym miasteczku artystycznym - Lanckoronie pod Krakowem - pozostał artystą, którego cechuje stały i żywy kontakt z naturą, a jednocześnie z tym, co oznacza współczesną ikonosferę miejską. Założona przez niego przed kilku laty jednoosobowa grupa artystyczna działająca pod nazwą „Art. Spożywcze” oferuje w swoich działaniach nowoczesny język przekazu (akcje uliczne, graffiti, street art) oraz mieszczące się w tym programie aktualne tematy, odnoszące się do problemów współczesnego świata. Potrafi zaskoczyć zwykłego przechodnia lapidarnym napisem namalowanym na ścianie budynku użyteczności publicznej (jak hasło Welcome na krakowskim Bunkrze Sztuki), opalającą się parą umieszczoną na częstochowskiej kładce (działanie na zaproszenie grupy Monstfur) czy praskim moście - to nie jest most Karola (działanie organizowane przez Centrum Sztuki Współczesnej w Pradze, 2012 rok).
Jako malarz, Artur Trojanowski wyzbył się tego wszystkiego, czego malarze najbardziej zwykle bronią: emocji wyrażanych przez kolor oraz indywidualnego śladu pędzla, gdyż prace malowane są wałkiem. Jednocześnie łączący ze sobą często nie pasujące do siebie elementy i tworzy własne kompozycje jak to ma miejsce w cyklu „Pejzaże”. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek był on świadkiem sceny, w której łowiący samotnie przy pustym nabrzeżu wędkarz zamiast ryby widzi wielki, wyłaniający się z morza korpus łodzi podwodnej, lub czy opalająca się beznamiętna para jest w stanie dostrzec nadciągającą burzę? Czy piękny stary sad, wystawiony na sprzedaż jako „działka budowlana”, jeszcze istnieje? Czy odgrodzony drutem kolczastym kawałek niewinnego pejzażu został zauważony, czy „tylko” wymyślony?
Pomimo wszelkich oznak malarstwa „dokumentalnego” jego obrazy wcale takie nie są. Mają jedynie sugerować potencjalny scenariusz, straszyć nas zawartym w nich napięciem, uwodzić głupotą lub samotnością, przemawiać do nas, widzów, wciągniętych w pustą scenerię obrazu, którą jak nikt inny potrafi odzwierciedlić. Trojanowski pozostawia widza z jego własnymi myślami tam, gdzie go skierował - w pustym pejzażu, bez wyjścia, bez jednoznacznej odpowiedzi. Jednak z nadzieją na kontakt i nieco melancholijną współczulność.

Jolanta Ciesielska


Powrót