Bogdan Korczowski - Laniakea

10 maja - 31 maja 2018


Laniakea to w języku hawajskim niezmierzone niebiosa. Niezmierzony nie jest tym samym co nieskończony. Bezmiar galaktyk zrzeszonych w supergromadę jest niemożliwy do objęcia ludzką wyobraźnią. W teorii da się policzyć zgrupowane w jej obrębie gwiazdy. Laniakea posiada daną strukturę, wymierną liczbę elementów i przestrzenne granice. A jednak siłą rzeczy wymyka się poznaniu. Laniakei nie sposób, nie ważne jak bardzo byśmy się starali, ująć w pełni. Zwłaszcza, jeśli uprzytomnimy sobie, że tkwimy w jej środku, zamieszkując jej mikroskopijną część.

 

Z konieczności nasza perspektywa jest już więc wyznaczona. Jesteśmy mieszkańcami Ziemi. Spoglądając w niebo gołym okiem, korzystając z teleskopu, odbierając zdjęcia wykonany przez sondy kosmiczne i wysłane w kosmos teleskopy — rejestrujemy Laniakeę kawałek po kawałku. I nawet te niewielkie wyimki przyprawiają nas o zawrót głowy. Nie jest zresztą tak, że punkt, który zajmujemy jako obserwator, nie ulega zmianie. Nasza planeta wędruje dookoła Słońca i kręci wokół własnej osi. Konfiguracja nieustannie się przekształca. My zaś, będąc cząstką kosmosu, pozostajemy zarazem jego bacznymi odbiorcami. W pierwszym odruchu bylibyśmy gotowi uznać, że to rzadki przypadek. A przecież to powszedniość wspólna całemu gatunkowi ludzkiemu; powszedniość, która przypadła nam w udziale: obserwować spektakl z jego wnętrza. Oto gwiazdy tańczą dookoła nas.


Temu spektaklowi wydaje się przyglądać w serii swoich obrazów Bogdan Korczowski. Choć daleki od pułapki dosłowności i pokusy wiernego odwzorowania, pozostaje bacznym obserwatorem. Jeżeli bowiem człowiek w jakiś sposób może obłaskawiać bezmiar galaktyki, to przede wszystkim przez zadanie sobie nieustającego, tytanicznego trudu tworzenia mapy. Już dziecięcą wyobraźnię zaprzątają atlasy nieba, mające w sobie więcej z abstrakcyjnego dzieła sztuki niż z naukowego diagramu. Jak bowiem rozumieć wędrówkę pomiędzy gwiazdami, jeśli nie jako podróż wyobrażoną? Pomiędzy świetlnymi punktami rozpraszającymi nocną ciemność wędrować możemy, niczym po płótnie, wzrokiem. I właśnie taką wędrówkę, jak się wydaje, proponuje nam w wypadku cyklu Laniakei artysta.
Dla malarskiej narracji, jakiej podjął się Bogdan Korczowski, próżno szukać bezpośrednich poprzedników. Łatwiej o próbę, arbitralną oczywiście, wyznaczenia pewnej artystycznej, ponadczasowej wspólnoty, do której owa opowieść przynależy: twórców dzielących wspólne poszukiwanie, podobną wrażliwość, zbieżne tematycznie zainteresowanie. Kosmos fascynował artystów od dawna: ciężko byłoby wskazać najwcześniejsze jego przedstawienia i z całą pewnością stwierdzić, kiedy po raz pierwszy przestrzeń nieba znalazła odwzorowanie graficzne: nie ulega jednak wątpliwości, że nasi przodkowie kierowali swój wzrok wysoko ponad horyzont od niepa- miętnych czasów. Od inspirowanych pitagorejskimi teoriami na temat matematycznej doskonałości sfer niebieskich astrolabiów, przez złote tło bizantyńskich mozaik z Rawenny, symbolizujących pozaziemską rzeczywistość, aż po zodiakalne wyobrażenia ze średnio- wiecznych miniatur — uniwersum fascynowało na długo przed przewrotem kopernikańskim i początkami nowożytnej fizyki. Wiadomo też przecież, że jeden z jej ojców założycieli, Galileo Galilei, samemu pasjonował się sztukami plastycznymi i pozostawił po sobie dotyczący tego zagadnienia traktat. W czasach zaś Odrodzenia astronomia szła częstokroć w parze z malarstwem; tak, że autorzy uznanych płócien byli też twórcami teleskopów. To nie dziwne, jeżeli będzie się pamiętało, że głównym przedmiotem ich dociekań były prawa optyki i wynikające z nich zasady wykreślania perspektywy.


Kosmos Korczowskiego ma jednak inny niż matematyczny wymiar. Nie stanowi przecież ścisłego odwzorowania, nie rości sobie prawa do stanowienia gwiezdnej mapy w rozumieniu astronomicznym. Każde naśladowanie rzeczywistości z konieczności opiera się na kon- wencji. Doskonała mimetyczność nigdy nie jest możliwa i Korczowski doskonale zdaje sobie z tego sprawę. By posłużyć się słynną Baudrillardowską metaforą, w tym wypadku mapa musiałaby stać się jednością z odwzorowywanym terytorium, w taki sposób zakrywając je w całości i tym samym zastępując jako rodzaj symulakrum. Nie sposób zaś wyobrazić sobie mapy, która — gdy idzie o fizyczne rozmiary — dorównałaby swoimi wymiarami niebu. Jeżeli sztuka Korczowskiego jest mimetyczna, udaje się jej to w inny sposób.
Beniamin M. Bukowski

 

Nie uchyla się od odwzorowania bezkresu i od naśladowania przestrzeni. I to właśnie tej przestrzeni, którą odnajdziemy, spoglądając w niebo, chociaż nie odnajdziemy jej na niebie. To przedsięwzięcie równie ambitne, a znacznie bardziej autentyczne: przedmiotem naśla- downictwa jest wewnętrzne doświadczenie; artystyczny zapis emocjonalnej i intelektualnej drogi, jaką przebywa artysta. Kolejne płótna można więc traktować jako wyimki z bezkresnej przestrzeni otaczających nas galaktyk, ale i wyimki z twórczego aktu jako takiego. Życie artysty samo staje się tutaj swoistym uniwersum: tym, co chociaż zamknięte w pewnych czasoprzestrzennych ramach, okazuje się niemożliwe do poznania w całości. Dla odbiorcy, w praktyce, jest bowiem czymś nieskończonym. Jedyne, co pozostaje nam jako widzom obrazów Korczowskiego, to kolejne podejścia do owych fragmentów, które mogą nam dać — subiektywnie — wyobrażenia na temat całości. Podobnie jak Laniakea obserwowana z ziemskich teleskopów, artystyczna konstelacja osadzonych w biografii twórcy dzieł może być przez każdego z obserwatorów uchwycona jedynie ułamkowo. Jest to jednak zarazem perspektywa „z wewnątrz”. Z pomiędzy obrazów, z wnętrza galerii, z pomiędzy stron albumu z reprodukcjami.


W takim właśnie sensie cykl Laniakei stanowi zamknięte uniwersum, a tak akt jego tworzenia, jak i odbioru — ma w sobie coś z wymiaru kosmicznego. Nie jednak w sensie naiwnym i ezoterycznym, ani w pompatycznym znaczeniu, jakie gotowi byliby nadać temu sformułowaniu niektórzy poeci. Chodzi w pierwszym rzędzie o wielość interpretacji i niemożność ostatecznego odnalezienia perspektywy, jaką powinniśmy przyjąć jako odbiorca przyglądający się owej konstelacji. Za każdym razem, starając się znaleźć odpowiedni klucz percepcji, skazani zostajemy na klęskę. Nie dlatego, że sposób, w jaki patrzymy jest błędny. Raczej ze względu na fakt, że nie jest on nigdy jedyny ani ostateczny. Nasza perspektywa nigdy nie będzie zatem pełna, zadowalająca. Owa mnogość możliwych odczytań jest zaś niezawodnym dowodem na siłę oddziaływania Laniakei. Oto zatem pierwszy z dwóch wielkich paradoksów towarzy- szących temu malarstwu: chociaż abstrakcyjne, niesie ono w sobie pierwiastek mimetyzmu. Jest to jednak mimetyzm wewnętrzny; inny od tego, o jakim zwykli pisać krytycy i historycy sztuki. Przedmiotem odwzorowania jest sama ekspresja artysty, jego wrażliwość. Uzewnętrzniony zostaje proces twórczy, który na równi z gwiazdami może zostać uznany za obrany temat.


Ani na chwilę nie sposób wątpić, że obrazy Korczowskiego są dziełem żywiołowego, procesualnego aktu twórczego, bliskiego w tym sensie nurtowi action painting, wielką opowieścią o ruchu prowadzonego ręką artysty pędzla, a jednocześnie traktem poświęconym ruchowi gwiazd. Zamarłym studium złożonej choreografii, nie wytracającym niczego z jej żywiołowości. Granice geometrycznych figur, choć nieustannie obecne, ostatecznie zacierają się na płaszczyźnie, przezwyciężone przez całościowe, synestetyczne doznanie odbiorcy Laniakei. Stąd szczególna wartość, jaką niesie za sobą dzieło sztuki, zwłaszcza takie, które — jak obrazy Korczowskiego — odzwierciedla osobowość i pełnię doświadczenia artysty, stanowiąc ich żywy i autentyczny zapis, przekraczający ciasne ramy gatunków i udowadniający, że po wyzwoleniu się z pułapki nurtów i mód malarstwo wciąż przemawia w sposób żywy i autentyczny, choć wielu teoretyków dawno wieszczyło jego kres. Najlepszym tego dowodem niech będzie fakt, że nawet konsekwentna próba rekonstruowania paradoksalności Laniakei za pomocą słów jest niezadowalająca i siłą rzeczy naskórkowa, niezdolna do przekazania tego, co niesie sama kontemplacja cyklu. Są jednak wypadki, kiedy oddanie pola przez literaturę jest nie tyle przyznaniem się do klęski, co złożeniem hołdu. Tym chwilom towarzyszy przejmujące uczucie tego, że jako kontemplujący obraz odbiorca zetknęło się z czymś, co samo w sobie tworzy fascynujący, zagadkowy język. Rodzaj tekstu opartego na nieznanej nam semantyce, prześcigającego swoją amorficzną wieloznacznością wszystko, co dałoby się zaszyfrować z pomocą słów. To już nie astronomiczny, racjonalny atlas, lecz nierozwiązywalna zagadka astrologów. To język gwiazd.

 




Powrót