Paul Czerlitzki - Everything Is a Copy, of a Copy, of a Copy

23 czerwca - 08 września 2018


Na wystawie zobaczyć można między innymi obrazy na ścianach (bez tytułu). Nie są one naciągniętymi na blejtramy płótnami, zamalowanymi farbami przy użyciu pędzla. W tym przypadku to fragmenty ścian stają się „obrazami”. Do ich stworzenia artysta używa płótna, ale nie jest ono integralną i fundamentalną częścią obrazu, lecz narzędziem takim jak pędzel. Pigment zostaje jedynie przepuszczony przez płótno, a „obrazem” jest to, co zostało poza płótnem. „Obraz” nic nie przedstawia. Jest monochromatycznym cieniem obrazu. To obraz braku obrazu (jako obiektu) na ścianie. Dostrzegamy pigment. Mimo że jest to tylko osad, który przedostał się przez płótno. Widzimy ścianę, jej fakturę, światło i cienie, które wędrują po sali. Uświadamiamy sobie, czego nie ma. Można też zwrócić uwagę na inny, pozawizualny wymiar tych prac – czas. „Obrazy” te znikną wraz z końcem wystawy. Ale to nie znaczy, że nie mogą pojawić się gdzieś indziej.

 

Płótno staje się „tematem” innych „obrazów” („Makeup”). Prostokątny fragment płótna, które tym razem stanowi integralną i fundamentalną część „obrazu”, zostaje skopiowany w punkcie ksero. Odpowiednia liczba takich samych papierowych kopii płótna zostaje naklejona na realne płótno – to samo, które zostało skopiowane, a potem naciągnięte na blejtram. W ten sam sposób powstaje większa liczba podobnych „obrazów”. Podobnych, ale nie takich samych. Różnią się odcieniami niskiej jakości wydruków. Na każdym „obrazie” widać inne odwzorowania zagięć płótna. Same „obrazy” są w dwóch podobnych, ale jednak odrobinę różnych formatach.

 

Dwie inne prace z tej serii są większe. Boki „obrazu”, czyli zagruntowanego na biało płótna na blejtramie, są oklejone wydrukiem przedstawiającym niezamalowane płócienne boki tych obrazów. Na jego licu widać ślady malowania podobne do tych na ścianie, na której wisi. Jedno z tych płócien artysta pomalował białą farbą, tą samą, którą podczas przygotowania wystawy pomalował ściany galerii. Oba „obrazy” wyglądają jak powtórzenia fragmentów ścian, które zasłaniają. Jednak o umowności tego wrażenia przypominają „płócienne” boki „obrazów”. „Obrazy” bez tytułu są w podobnych formatach, co obrazy z serii „Makeup”.

 

Obrazy z serii „Fleshout” również są bardziej „obiektami” niż „obrazami”. Obie strony płótna zostały pokryte klejem kostnym, który ściągnął i pomarszczył tkaninę, co następnie zostało zafiksowane bezbarwnym akrylem nałożonym grubo pędzlem po powierzchni. „Obrazy” te również „przedstawiają” płótno i różnią się odcieniami i formatami. Ich tytuł – w przeciwieństwie do „Makeup”, który wskazuje na „powierzchowność” – jest czasownikiem frazowym oznaczającym: „to provide more information about (something); to make (something) more complete by adding details”. Tytuł staje się kolejnym elementem zachęcającym do ćwiczeń logicznych z obrazem.

 

Ostatnim elementem, który buduje wystawę, są obrazy leżące na podłodze. To fotografie wydrukowane w formie dywanów, po których można chodzić. Większość z nich pochodzi z rodzinnego archiwum artysty. Część przedstawia dziwne kompozycje z przedmiotów ustawionych w pracowni malarskiej matki artysty. Inne, kolorowe i w większości podwójnie naświetlone (w dwóch odległych od siebie momentach czasu), przedstawiają sielskie sceny z dziećmi. Niektóre się powtarzają w innych formatach. W przeciwieństwie do obrazów na ścianach, dywany na podłodze gubią swoją realność i konkretność. Tak, jakby obrazy ześlizgnęły się z „obrazów”, pozostawiając na nich pustkę (lecz nie pozbawioną znaczenia). Te pływające po podłodze obrazy są figuratywne, związane z konkretnymi osobami, ale jednocześnie odrealnione i oderwane od czasu. Niczym malarstwo, w odróżnieniu od fotografii.

To pierwsza w Polsce wystawa indywidualna urodzonego w Gdańsku, mieszkającego w Düsseldorfie artysty.

 

Michał Woliński




Powrót