Urszula Niemirska - Meteoropatki | Potrójny wernisaż na oficjalne otwarcie warszawskiej galerii Xanadu
Twórczość Uli Niemirskiej wprawia w oszołomienie. Pod każdym względem. Jest ogromnie wielowątkowa. Artystka stosuje mnogość technik, które pozwalają się schować w pojemnym słowie „kolaż”. Kryje się pod nim malarstwo akrylem, sprayem, tuszem; rysunek markerem, kredkami, ołówkiem, długopisem; wszelkie formy wyklejanki przy pomocy materiałów, papieru oraz rozmaitych przedmiotów znalezionych i kompulsywnie kolekcjonowanych; organicznych i nieorganicznych. Do jednych z najdziwniejszych należą zużyte torebki po herbacie ekspresowej oraz łupinki po orzeszkach ziemnych. Choć przypuszczam, że w pracach Uli można znaleźć jeszcze ciekawsze rzeczy. Odwiedzając jej pracownię zaskoczony gość otrzymuje na wstępie dwie propozycje - jest częstowany herbatą oraz dostaje możliwość wklejenia zużytej torebki po „ekspresówce” w powstający właśnie obraz. Nie skorzystałam - nie czułam się dostatecznie kompetentna.
Na kolażu twórczość Uli Niemirskiej się nie zamyka. Jest jeszcze wideo, do którego autorka często performuje samodzielnie, stając się bohaterką i aktorką. Są też rozmaite formy przestrzenne. Generalnie artystyczna przestrzeń Uli Niemirskiej zdaje się nie mieć kresu. Artystka czyni sobie ziemię podległą, bierze to, co w danym momencie ją inspiruje, wpadnie w ręce, jest potrzebne. A przydaje się wszystko i nagle, niespodziewanie staje się sztuką. I to sztuką nie byle jaką, ciekawą.
W ślad za mnogością technik i formatów idzie u Niemirskiej horror vacui - absolutny lęk przed pustką. Choć artystka deklaruje, że ceni sobie czyste, klarowne ekspozycje i takież kompozycje, to kłamie. To zdecydowanie nieprawda. Jest boginią przeładowania. Nie potrafi przestać dodawać i doklejać. Ciągle coś donosi, dowiesza, dostawia. Skończoną ekspozycję przerabia cały czas i jestem przekonana, że będzie ją zmieniać w trakcie trwania wystawy. Podobnie jest z konkretnymi pracami. W celu zakończenia procesu twórczego trzeba od Niemirskiej prace kupić i zwyczajnie zabrać jej obraz.
Nadmiar w twórczości Uli Niemirskiej to także nadmiar pomysłów i projektów. Autorka zawsze ma przynajmniej kilka gotowych idei, które chciałaby rozwinąć w postaci cyklu prac i pokazać w kształcie wystawy. Stąd „Meteoropatki” to zestaw najnowszych dzieł artystki, przygotowanych specjalnie z myślą o ekspozycji w Xanadu. Obrazują bardzo intymną stronę kobiecości, która czasami jest wręcz wstydliwa. Bo choć wszyscy reagujemy na zmiany pogody i wahania ciśnienia, boli nas głowa, czy bywamy rozdrażnieni, a w słoneczne dni emanujemy lepszym humorem, to właśnie kobietom przypisuje się charakterologiczną niestabilność, czy wręcz piętnowaną przez wieki histerię i humorzastość, związaną ze zmianami w przyrodzie. Nie ma jednak co kryć prawdy - większość z nas reaguje negatywnie na fanaberie barometrów. Magiczne słowo migrena mówi wszystko, a jednocześnie nie mówi nic, bo migrenę opisać bardzo trudno. I choć prace Niemirskiej nie są tylko o migrenie, bo zbrodnią byłoby tak je trywializować, to znajdziemy wśród nich kilka doskonałych ilustracji stanu, który zawsze wymyka się definicjom werbalnym. Ale „Meteoropatki” to o wiele, wiele więcej, bo walka z barometrem to tylko świetny pretekst, żeby opowiedzieć o tym, co dzieje się z naszymi emocjami. Opowiedzieć o relacjach międzyludzkich, o emocjach silnych i bardzo silnych, podszytych erotyką i furią. Pokazać dokładnie, jak bardzo to, co dzieje się gdzieś w chmurach i gwiazdach, dzieje się też gdzieś w nas. Dzięki Niemirskiej jesteśmy jak cumulusy i stratosfera. I to w encyklopedycznym wydaniu.
Agnieszka Gniotek
Powrót

